No cześć Janusze i Grażynki! Każdemu fanowi jazdy w górach na szosie marzą się wyjazdy w Alpy, piękne przełęcze z wspaniałymi widokami… Serpentyny i ostry, ostry wpierdziel. Nie każdy jednak może sobie na to pozwolić. Co wtedy? Wtedy objeżdżamy wszystkie góry w okolicy, a jak jest zimno… Wskakujemy na Alpe du Zwift – najcięższy podjazd na Zwifcie, ja ledwo dałem radę 😀 12 kilometrów podjazdu i aż 1000m przewyższenia. Potężna rzecz! Zapraszam na relację tekstową i filmową 🙂

Relację filmową z tego wjazdu możesz zobaczyć tutaj:

Chciałbym Wam powiedzieć, że będę starał się, żeby odcinki pojawiały się we wtorek i piątek lub we wtorek i w weekend 😀

Alpe du Zwift – rzeźnia!

Zwiftową masakrę mogłem pojechać dzięki eventowi organizowanemu przez Zwift Team Polska – bo inaczej nie weszłoby to w grę, gdyż mam tylko 8 level, a trasa ta odblokowuje się od 12 🙁 Jednak koniec smutków, czas RZEZI.

Pierwsze kilometry robimy powolutku, ogranicza to nawet wirtualna brama, za którą przekroczenie robisz rząd i wypadasz stąd, że tak powiem łagodnie. Wszyscy jadą luźnym tempem, to nie wyścig. Taki dojazd to około 3-4 kilometry przez dżunglę. Kurzy niesamowicie, momentami totalnie nic nie widać. Kto powiedział, że szosa nadaje się tylko na asfalt? Na pewno nie ja 😀

Traktujemy to jako taką rozgrzewkę przed śmiercią. Alpe du Zwift – zostałem powołany. 12.44 km podjazdu. 1000 metrów w górę. OGIEŃ.
Mija chwila i… ZACZYNAMY. Start podjazdu – nie ma, że może jakieś 3%, jakieś może chociaż 5%… NIE. Tu od razu dostajesz strzała  – 9% i więcej hehe 😀 Nie ma przygotowania i delikatności, jest od razu BANG.

Pierwsze 100 metrów przewyższenia mija mi niesamowicie ciężko, co możecie zobaczyć na filmie 😀 Sapie niemiłosiernie, ale jest całkiem pięknie. Staram się utrzymywać w grupie, bo w grupie raźniej. No i luźniej, chociaż trochę. Minąłem dopiero pierwszą z 22 serpentyn. Teraz będzie już z górki. Taa, z górki.

Zaciskam zęby (przypominam, że mój Elite Suito symuluje podjazd aż do 15%, więc jest srogo) i ubijam te kilometry dalej. Po 200 metrach przewyższenia i dwóch kilometrach podjazdu trafiłem na wypłaszczenie… 50 metrowe. Czułem się już wtedy jak po mega gorącym prysznicu. Wypot absolutny.

Na połowie podjazdu zorientowałem się, że nawet moja magiczna czapka już sobie nie radzi z potem i przemaka 😀 Ale jadę dzielnie i staram się utrzymywać w miarę równe tempo, żeby na koniec nie odpaść. Najważniejszy w takich chwilach zdecydowanie jest ręcznik 😀 Alpe du Zwift to jest po prostu masakra.

Połowa za nami, lecimy dalej. W międzyczasie dogonił mnie jakiś koreańczyk… Na rowerze MTB, czyli teoretycznie wolniejszym. Jednak na czacie pojawiła się opinia, że gra na kodach albo waży 13 kg 😀 Było turbociężko, ale nie żałowałem ani jednego metra tego podjazdu. Jadę dalej, jest bomba. Jeżeli ktoś z Was jeszcze tego nie zrobił – TOTALNIE polecam!

Tutaj mała dygresja – wiem, że wielu z Was nie rozumie, nie lubi czy tam nie chce czytać i oglądać tej całej serii ze Zwifta, ale mam dla Was taką wiadomość – nie ma szans, żebym pojechał teraz w góry, bo leży tam zwyczajnie śnieg. A tutaj? Podjazdy, prawdziwe góry 😉 Rok 2020 planuję na wiele, wiele, wiele, wiele GÓR, więc przezimowanie bez nich byłoby… zabójcze! 😀 A  do tego – przedstawiam Wam to jako normalną jadzę, więc możecie to czytać jak NORMALNE teksty z jazdy 😀 

Kolejne 500 metrów mija mi… nawet lżej! Ludzie ten podjazd robią poniżej godziny tak słyszałem… Ja po godzinie jazdy byłem na 8 kilometrze podjazdu. Zostały mi jeszcze cztery, ale i tak byłem zadowolony, bo spodziewałem się tak z dwóch godzinek jazdy lekko. Jednak nie było aż tak źle. To na pewno jedna z cięższych godzin na rowerze była xD

Dwa kilometry do mety bomba odpuściła, ale Koreańczyk na MTB nie, cały czas gdzieś się koło mnie kręcił i tylko denerwował… 😀 Jednak czułem, że to już jest prawdziwa końcówka i dam radę to podjechać! Bombotwórczość tego podjazdu określam jako 12/10, zdecydowanie.

Kolejnym progiem było 1000 metrów przewyższenia, czyli najabsolutniejsza końcóweczka podjazdu. To już było to. Już było widać metę! Przyśpieszyłem dość intensywnie na ostatnich 200 metrach i zakończyłem podjazd w 1:20h, czyli jak na pierwszy raz – mega, mega przyzwoicie! Na mecie dostałem nowy kask od koła fortuny. I tutaj Wam się do czegoś przyznam. Nie wykonywałem zjazdu, on wykonał się sam. Miałem taką bombę, że nie dałem rady już tam dalej siedzieć. Dojechałem do początku zjazdu i rower sobie zjechał sam 😀 Było… świetnie! Polecam każdemu 😀

Wpadajcie do partnera bloga, gdzie znajdziecie trenażery rowerowe na każdą kieszeń!

Facebook Janusza:

Czytaj cały post 😉 17 kilometrów i 1000m przewyższeń 🙉 Alpe du Zwift, czyli bombotwórczośc 12/10 Aż eleganckie ciuchy…

Opublikowany przez Janusz Kolarstwa Niedziela, 26 stycznia 2020