“Nadawałbym się do komentowania bierek elektrycznych pod wodą” – tak swój komentarz podsumowałem w filmowej wersji relacji z Tour de Zwift – etap w Richmond 😀 Co tam się działo! Bez nastawienia do ścigania, ale oczywiście akcenty MUSIAŁY być. Dwa podjazdy, na których wyjaśniałem i zjadałem innych niczym Pac-Man, omnomnom 😀

Chyba nigdy aż tak bardzo spontanicznie nie włączyłem wyścigu na Zwift. Podczas jazdy, na telefonie… Dosłownie minutę przed jego początkiem ;D Łap relację filmową – ostrzegam jednak, jest nieco wysypany dźwięk, daj sobie  troszkę ciszej 😀

Kur’de Zwift

Na starcie w Richmond stanąłem wraz z 110 innymi kolarzami w najsłabszej grupie “D” – czemu tak? Bo nie było w planie żadnego, totalnie żadnego ścigania. Jednak też nie chciałem tego jechać jak kurier z moimi paczkami (czyli powoli hehe) i chciałem trochę popracować. Pierwszy kilometr minął tak szybko, że nawet tego nie zauważyłem.

Dołączyłem do najpierwsiejszej grupy i tak chciałem z nimi jechać, ale okazało się… Że miałem na sobie wspaniałą koszulkę sportową Lecha Poznań, a jej nie można rozpiąć, więc oczywistym było, że mnie to zabije. Po wjeździe na bruki odpadłem od grupki i spadłem na 15 miejsce, dodatkowo spadł mi mikrofon i było słychać tylko djkasgdhasdgashdasdas na filmie. Po chwili pożarła mnie druga grupka, ale nawet mi się nie chciało ani im uciekać, ani gonić pozostałych. BO I PO CO?! Stwierdziłem, że dojadę sobie z nimi.

Po 8 minutach mieliśmy już za sobą pięć kilometrów, więc wyścig mijał turboszybko. Lubię te wyścigi, fajne.
Taka motywacja do szybszej i mocniejszej jazdy. Gdzieś na dziewiątym kilometrze był taki mały miejski zjazd  i mnie tam ze 30 typa wyprzedziło 🙁 Wtedy jednak przypomniałem sobie, że… dzień wcześniej jechałem tą rundę pewny, że kilkanaście osób się zdziwi na koniec, bo są takie mega srogie, nie zapowiedziane niczym podjazdy. Ja nauczony doświadczeniem już byłem na to gotowy.

W pewnym momencie mijaliśmy kozacki spot na browarka, ale niestety. Musiałem jechać dalej :/ No i też bardzo inteligentnie przy 5% jak głąb wrzuciłem na wyższy bieg, zamiast niższy. UPS. Kilka kilometrów dojazdu, przejazd przez tunel, nawrót i dojeżdżamy do podjazdów.

“Nadawałbym się do komentowania bierków elektrycznych pod wodą”

Tak zacząłem komentarz tego podjazdu. Jeżeli nie chce Ci się oglądać całego filmu obejrzyj go od minuty: 14:30.
Naprawdę warto, odwalało mi. Postanowiłem, że będę Pac-MAnem i TO JA BĘDĘ ZJADAŁ RYWALI. Na początek cyk -DOBRE, OMNOMNOM BRYTYJSKIE, DRUGI – DOBRE, ZNOWU BRYTYJSKIE, MNIAAAAM MNIAM. Zaczęło się – 8,9 %, emocje jak podczas wchodzenia po schodach. Lecimy dalej – tym razem na celowniku jakiś Polak. Nie stawiało oporu, porobiony. Nagle wjeżdżamy na bruki i bang, 9 i 20%, mijam kolejnych kolarzy, ALEŻ TO BYŁ WSPANIAŁY ATAK NA PODJEŹDZIE. Przy okazji sobie śpiewam:

“Po co byłooo, tak cwaniakować”. Włączyłem ogień totalny, przede mną grupka kilku rowerzystów – mijam każdego. Jak dzik, jak Tommy Lee Jones w ściganym. Lecimy kawałek w dół i po płaskim, żeby po chwili pożreć kolejnych rywali. Z około 60 miejsca wskoczyłem do czwartej dziesiątki. EMOCJE SIĘGAŁY ZENITU. Ten wyścig był pełen emocji, niczym zawody Pucharu Kontynentalnego w Wiśle w 2009 roku. Tak, nie wiem co tam się działo. Kawałek jazdy po płaskim i nagle BANG podjazd! Bylem na niego totalnie gotowy i porobiłem kolejnych kolarzy, wtopiłem się w tłum niczym Lance w tłum doperów. Nikt nie zauważył, że jadę na EPO.

Mój kot się obudził, bo boli go Wielki Janusz Kolarstwa. Zyskałem na tych  dwóch podjazdach ponad 20 miejsc. Łatwiutko bardzo. Dojeżdżam do mety, ale tracę mega dużo sił. Z 34 miejsca spadam na 38, ale nie poddaję się, niczym ukochana Legia Warszawa (wcześniej jechałem w koszulce Lecha hehe) i STRZELAM NICZYM Z BATA, CYK BANG RAMPAMPAM  i porobieni. Kończę gdzieś tam w połowie czwartej dziesiątki. Mogło być gorzej.

Pozdrawiam!

Wpadajcie do partnera bloga, gdzie znajdziecie trenażery rowerowe na każdą kieszeń!