Giro d’Majówka, czyli mój januszowy sposób na spędzenie kilku dni wolnych. Jako, że to co sobie zaplanowałem niestety nie miało prawa się udać to poszedłem w rower… 😀 Wyszło całkiem sporo kilometrów i “trzy etapy” Giro d’Majówka. Zapraszam do lekturki relacji z każdego z nich!

Organizator Giro d’Majówka (czyli ja) przygotował dla uczestników (czyli dla mnie hehe) trzy etapy do pokonania. Dwa z nich pokonałem jako (prawie) samotny wilk, z kolei w jednym udział brał mały peleton pędzący jak po życie do wodopoju, czyli miejsca z zimnym browarem. Miałem opisać wszystkie etapy w jednym tekście, ale wyszedłby tasiemiec, więc podzielę ten event na dwa, albo trzy teksty – jeszcze nie wiem.

Etap pierwszy, czyli 150 kilometrów i 1700m w górę

Wprowadzenie do Giro d’Majówka zacząłem już na początku tygodnia od zaplanowania urlop na czwartek, co by trafić idealnie w okienko pogodowe. Wszystko miało wyglądać zupełnie inaczej, bo przez te kilka dni miałem po prostu jeździć na rowerze z Grażynką, ale niestety moje szczęście zachorowało i musiałem zweryfikować plany.

Postawiłem na samotne wypady – w czwartek wypadła najdłuższa, ale nie najbardziej wymagająca jazda w tym roku, ale od początku. Wstałem o godzinie 9 rano (planowałem o 7, ale wyszło jak zwykle hehe) ogarnąłem się i mając jedynie jakieś 3h obsuwy wsiadłem na rower.

Kabanosy w kieszeń, bidony pełne, licznik naładowany i można ruszać. Ten etap podzieliłem sobie jakby na dwa, czyli do obiadu i po obiedzie – najpierw 100 kilometrów “po płaskim”, a później obiad i ogień w góry.

Czy wyszło 100km po płaskim? Ta, na pewno tu se po płaskim pojeździsz. Zacząłem trasę od klasyku, czyli dojechania do Sobótki przez okoliczne wioski – wyszło szybko, bo nie mogło wyjść inaczej. Do Sobótki mam prawie cały czas z górki. Stamtąd równie płaską i prawie że idealną drogą dojechałem do Mietkowa, czyli standardowego przystanku w 90% jazd wrocławskich kolarzy :v No i w sumie miejsca, które organizator Giro d’Majówka upodobał sobie najbardziej, bo za każdym razem tam byłem. Generalnie przez całą drogę było zajebiście sucho, a na ostatnim kilometrze jakaś totalnie oderwana od rzeczywistości ulewa upieprzyła mi cały, piękny, czerwony rower 🙁

Do Mietkowa wyszło 35 płaskich kilometrów, więc było całkiem spoko. Później wróciłem tą samą drogą do Sobótki, przejechałem kawałek podjazdu pod Przełęcz Tąpadła (mijając między innymi aleję sław kolarstwa) i udałem się stronę Sulistrowiczek – tu już pojawił się delikatny podjazd, ale jakbym miał go porównać do czegoś, to porównałbym chyba do pierwszego kieliszka wódki – wchodzi źle, ale wiesz że będzie fajnie.

Potem zjechałem do wioski Oleszna, która charakteryzuje się kur*a jednym – jest cała jakaś wybra(u)kowana. NIE MA TAM ASFALTU, CZAISZ? ASFALT JEST TYLKO NA POLNEJ DRODZE A TAK CAŁA PIEPRZONA WIEŚ JEST W JAKICHŚ KOCICH ŁBACH. Przebiłem się stamtąd do pięknej drogi rowerowej wzdłuż krajowej “8”, czyli drogi, na której na dolnymśląsku kierowcom odpierdala chyba najbardziej, ale na szczęście mnie to nie dotyczy. Oddzielają mnie od nich niezwykle bezpieczne gówniane biało-czerwone słupki, rów i w sumie to tyle. Udało się i nikt we mnie nie wjechał, więc pocisnąłem dalej.

Tam już miałem ponad 75 kilometrów w nogach, a czekał mnie jeszcze powrót przez okoliczne pagórki. W międzyczasie kiedy pisałem wiadomość do mojej kobiety minął mnie jakiś ziomek na rowerze bez przerzutek, jakimś singlu czy czymś i… ja pierdziele jakie to było niezdrowe dla jego kolan, omg. Na małym podjeździe jechał chyba z kadencją wynoszącą trzy. Współczuję i świeć Panie nad jego kolanami 😀

Jako, że ta część jazdy miała być płaska to zgodnie z planem przejechałem w drodze do domu jakieś 9 tysięcy pagórków i wyszło mi w pierwszej części 90 kilometrów i prawie 800m przewyższeń xD Dojechałem do Dzierżoniowa i wskoczyłem do domu na obiad – na drugi etap, tego… etapu xD ugadałem się z kolegą…

Po Mietkowie czas na góry

Wybiła “prawie 17” i ruszyłem w góry. Pojechaliśmy najpierw przez podjazd w Owieśnie (mogliście go zobaczyć na pierwszym “vlogu po przerwie” na kanale YT Janusza :P), czyli tam z kilometr albo dwa o maksymalnym nachyleniu 8%, więc lajcik i udaliśmy się w stronę Przełęczy Woliborskiej. Jak ją tak podjeżdżałem, to sobie uświadomiłem kilka rzeczy:

Boli w ch*j po ponad 100 kilometrach jazdy,
irytuje mnie najbardziej ze wszystkich przełęczy w Górach Sowich,
zjazd w stronę Woliborza to jakiś dziurawy jak ser szwajcarski żart,
no i jeszcze to, że jestem jakiś chory na łeb jadąc tam po ponad 100 km jeździe. Woliborka ma tak z 6-7 kilometrów i nachylenie trzyma ciągle w okolicy 7% i więcej. Nie lubię jej.

Zjazd tam wygląda tak, że zanim się rozpędzisz to trzeba hamować, bo inaczej możesz wpaść w krater w drodze i przepaść na zawsze w otchłani. Nie lubię.

We wszystkim jednak towarzyszyła mi moja Grażynka w postaci Żyrafki i jechało się jakoś tak przyjemniej 🙂

Po Przełęczy Woliborskiej przyszedł czas na Przełęcz Jugowską “od drugiej strony”, czyli od strony Jugowa. Podjazd nie jest jakiś wymagający, ale kur*a, jak mnie już nogi bolały xD Na szczycie tejże przełęczy miałem już 126 kilometrów w nogach i ponad 1700 metrów przewyższeń. Generalnie tak na grubo – już wtedy ta jazda była najdłuższa w roku. Organizatorzy Giro d’Majówka nie mieli dla mnie litości. Jednak między Woliborzem a Jugowem widoki są tak śliczne, że nawet trochę wtedy przestało boleć:

W nagrodę za cały trud, wyrzeczenia i poświęcenie całego dnia na jazdę otrzymałem zjazd po idealnym, wspaniałym, cudownym asfalcie z Przełęczy Jugowskiej do Pieszyc, a potem dojazd do domu i delektowanie się licznikiem dobijającym do 150 kilometrów… Majówka zaczęta zdrowym pierdolnięciem. Było dobrze… Mogłem zacząć zapoznawanie się z kolejnymi etapami “Giro d’Majówka”….

Ciąg dalszy nastąpi…

Zapraszam Was do sklepu Janusza, gdzie możecie kupić fajne kubeczki!

http://januszkolarstwa.cupsell.pl