Główny cel na ten rok? Pierwsze 200 kilometrów na rowerze. To taki główny, najgłówniejszy cel i w sumie takie kolarskie marzenie. Setka weszła w nawyk, ale 200 to już coś totalnie nadzwyczajnego, przecież w moim tempie to jakieś 8 godzin w siodle. W piątek zdecydowałem, że w sobotę to zrobię! Jak się później okazało jednym z ważniejszych elementów planowania tego wyczynu było ogarnięcie sobie super towarzystwa na dużą część trasy. Dobra, koniec przedłużania. Zapraszam do lekturki o tym, JAK DO TEGO DOSZŁO. (nie wiem)

Umówmy się, że moja jazda dzieliła się na trzy etapy, czyli:

Etap pierwszy – był ok

Etap drugi – był ŚWIETNY!

Etap trzeci – był.

No to przechodzimy do etapu pierwszego!

Dzierżoniów – Wrocław

Nie chciałem pchać się w jakiekolwiek góry na pierwsze 200 kilometrów na rowerze, bo przecież bym umarł. I to tak po 150 km, nie wróciłbym do domu i spał gdzieś w lesie. Jestem tego pewny jak niczego innego w życiu. To musiał być względnie płaski etap klasyka, zwanego moim kolarskim życiem (ale wjechałem teraz, ojej xD). Jako, że moje towarzystwo mieszka we Wrocławiu, to miałem jeden cel – dojechać do TEJ PĘTLI.

Pierwsze kilometry wyglądały tak, że już kilka razy wyciągałem telefon, żeby napisać “ej wiesz co, nie dzisiaj jednak, nie dam rady” itp., ale za każdym razem stwierdzałem, że to będzie straaaaaaaaasznie głupie. Jak już się zebrałem to nie ma przebacz. Jedziemy! Na początek trzeba było dojechać do Sobótki, gdzie najprawdopodobniej dojechałbym śpiąc i nawet nie otwierając oczu omijając przy tym wszelkie dziury, więc nie było to szczególnie fascynujące. Zwłaszcza, że praktycznie do samego Mietkowa użyłem może raz hamulca, to taka czasówka po prostej xD No dobra, użyłem dwa razy – raz jak jakiś typ patrząc mi prosto w oczy wyjeżdżał z podporządkowanej i się nie zatrzymał, mam taką teorię, że pewnie był naćpany.

Od siebie do Wrocławia rowerem mam jakieś 60 kilometrów, do miejsca docelowego podczas tej jazdy miałem gdzieś tak 86. I umówmy się, pierwsza fascynująca rzecz na trasie to był przelatujący mi nad głową samolot lądujący na wrocławskim Porcie Lotniczym. Tak poza tym, to jeszcze super była kanapka na stacji w Kątach Wrocławskich. Ogólnie było bardzo fajnie, serio – takie bardzo miłe nabijanie kilometrów 😀 Jednak jak dojechałem do Wrocławia to się zaczęło…

Moja orientacja w terenie (zwłaszcza w miastach) jest podobna do mojego pięknego roweru szosowego za 25 tysięcy złotych – bardzo chciałbym mieć, ale nie mam i raczej nigdy nie będę miał. Nie będziemy tutaj zdradzać nazw ulic, ale do celu miałem około 15 kilometrów przez miasto. Ten wjazd na szosie w pełnię Wrocławia to był mój pierwszy w życiu tego typu wybryk… Jazda z nawigacją, czyli telefonem w ręce między ludźmi to nie był chyba najlepszy pomysł xD

Oczywiście z 16 kilometrów zrobiło się jakieś 24, bo kilka razy piękne mapy najpiękniejszego Google zapomniały ślad zmienić w dobrym momencie i sobie tak nadrabiałem kilosków. Polecam. A tak serio, to nie. Mam też dla was taki protip: jeżeli ktoś z Was chce odbyć przyśpieszony kurs z wpinania i wypinania się w SPD to polecam wbić się w duże miasto. Macie światła co 18 metrów i miliard ludzi na ścieżkach – nawet jakbym do wczoraj nie umiał się wpinać i wypinać to wracając do domu byłbym już w tym ekspertem. Pomimo kilku zaginięć i zirytowań udało mi się dotrzeć na miejsce, gdzie czekała już na mnie Róża. Długo czekała xD Etap pierwszy zakończony sukcesem i był dokładnie taki jaki chciałem – totalnie lajtowy, bez spiny i bez zbędnych przygód. 87 kilometrów za mną!


Wrocław – Trzebnica – i w ogóle wszystko

Stresujący moment poznania się mieliśmy już za sobą, teraz totalnie zdałem się na znajomości trasy Róży, bo to w końcu jej rewiry. Ja tam w ogóle byłem pierwszy (chyba nie ostatni) raz w życiu. Miała mnie wywieźć do Trzebnicy, ale równie dobrze mogła mnie wywieźć do lasu, zastrzelić i zakopać. I tak bym się nie połapał, bo przecież nie znam drogi. Ogólnie moja towarzyszka była nastawiona na takie koło 50 kilometrów, czyli LAJTOWO NA KAWKĘ i powrót. No, prawie się udało, ale o tym później 😀

Jak wiecie ja raczej nie praktykowałem jakiejś jazdy z kimś, w grupie czy nawet z jedną osobą. Błąd! 😀 Wiecie, może się wydawać, że tamte rejony to są takie totalnie płaskie, ale w sumie to tak wcale nie było 😀 Na drodze Wrocław-Trzebnica złapało nas kilka podjazdów. Najważniejsze było to, że asfalty to są tam kozackie, nie ma się do czego przyczepić raczej. W międzyczasie pękła pierwsza setka i najlepsze jest to, że w ogóle jej nie czułem w nogach. Byłem totalnie świeży. Z ciekawostek to mijaliśmy jakiś absurdalnie zabezpieczony dom pośrodku niczego – druty kolczaste, stumetrowe drzewa i jakiś milion hektarów terenu. Ciekawostka ogólnie, budzi wyobraźnie.

Oczywiście nie mogło obyć się bez przygód i jak mojej nowej znajomej NIGDY nie szwankował rower, tak jak wybrała się ze mną to jej łańcuch zaczął żyć własnym życiem. Zwłaszcza, jak zrzucała go na mniejszą tarczę z przodu i rower zaczynał wydawać z siebie dźwięki niczym pociąg na torach. W pewnym momencie po super zjeździe okazało się, że nawet dotarliśmy tam gdzie trzeba. Nie zostałem wywieziony do lasu, zostałem bardzo fajnie wywieziony:

Według planu to była połowa naszej wspólnej jazdy, ale na szczęście plany są po to, żeby się ich nie trzymać hehe 😀 Po odpoczynku i pogadaniu ruszyliśmy dalej, co prawda do Wrocławia, ale już inną drogą. Tutaj Róża zapewniła mi kilka fajnych niespodzianek na ścieżce rowerowej – wysypane kopy piasku, połamane gałęzie na drodze, jakieś patyki, liście, szyszki i w ogóle wszystko co może spaść z drzewa. Spoko, zobaczymy u mnie na zjazdach z przełęczy. Nawet asfalt podziurawię. 😀 Całkiem fajna droga w ogóle, wygląda jak cały czas pod górkę, a wcale nie była!

Dojechaliśmy do Wrocławia i mieliśmy gdzieś tak z 60 kilometrów razem chyba, tak dokładnie nie pamiętam, ale gdzieś tak będzie 😀 Według pierwszego planu to już miał być koniec (ja miałem już 130, więc idealnie ponad 200 po powrocie), ale było jeszcze tyle czasu… Było tak fajnie, że odwiedziliśmy sklep i tutaj mała dygresja:  Łapanie mocy, gadka i lecimy dalej, po krótkiej rozkminie ma towarzyszka już miała jakiś pomysł, mi pozostało jechać za nią 😀 Ogólnie dojechaliśmy w rejony “Kopalni Wrocław”, jakiegoś tam jeziorka, gdzie wszyscy się smażyli, a my gotowaliśmy się na rowerach w imię nie wiadomo czego xD I tutaj umówmy się, kilka kilometrów jechałem na kole, bo raz, że był spory ruch, a ja jestem rowerową pi*dą i wolę ustępować kierowcom, a po drugie.. jak ja miałbym jechać pierwszy to chyba bym umarł, ale nie było tego aż tak dużo! SPOKO, ODDAM TO NA GÓRACH U MNIE! 😀

W międzyczasie wymusiłem przerwę na stacji, trzeba było zjeść kanapkę, napchać się bezsensownie napojami i trochę odpocząć. Nasze piękne rowery nie mogły zostać przed wejściem, to byłoby okropne dla nich, one tak ładnie nas wożą, że nie możemy ich źle traktować. Były razem z nami.

Po tymże energetycznym strzale kierowaliśmy się już do końca wspólnej jazdy. Naszym celem było lotnisko we Wrocławiu, tam miałem zostać wyprowadzony. Zaskakująco szybko przebiliśmy się przez miasto, to aż było mega dziwne. Jak w sumie cały ten trip, gdzie zarówno ja, jak i moja towarzyszka mieliśmy jakąś absurdalną nogę i totalne zero zmęczenia. Na lotnisku oczywiście bajerka, uzupełnienie bidonów i korzystanie z życia:

Za mną już 170 kilometrów, za Różą jakieś 80 (według jej Stravy oczywiście mniej, ah Stravunia w telefonie <3) Jako, że mieliśmy zrobić razem tylko Trzebnicę i z powrotem, to zgodnie z planem jechaliśmy dalej razem xD Zostałem idealnie oprowadzony po Wrocławiu i z niego wyprowadzony, i po jakichś dziesięciu kilometrach przyszła pora na sesję zdjęciową, przelatujące samoloty i dalszą samotna jazdę.


 

Pierwsze 200 kilometrów na rowerze

Po tym jak skończyliśmy wspólną jazdę skończyła się też fascynująca część tego tripu 😀 Teraz po prostu musiałem wrócić. Na liczniku 180, do domu ponad 60 – trzeba było to zrobić, nie było wyboru! 😀 Warto zaznaczyć, że po samotnych dziesięciu kilometrach u mnie pojawił się ból nóg i zmęczenie, a u Róży pojawiło się dokładnie to samo, więc ta jazda była ewidentnie zaprogramowana jako WSPÓLNA! 😀

Najważniejsze w tym etapie było dla mnie znalezienie drogi do Mietkowa, bo już kilka razy miałem z tym problem. Udało się, a w międzyczasie pękło moje pierwsze 200 kilometrów! <3 Ogólnie ta droga była… dziwna. Poza tym bólem nóg, który się pojawił miałem jakąś abstrakcyjną moc. Zamiast jechać w stanie agonalnym, to ja sobie jechałem na lajciku 30 km/h praktycznie całą drogę z Samotworu do Sobótki (gdzieś tak 40 kilometrów) w dolnym chwycie, zupełnie jakbym dopiero zaczynał jazdę. Postanowiłem, że nie będę jechał normalną drogą do domu z Sobótki i pokonywał kilkunastu podjazdów, tylko zrobię to raz, a dobrze. Przez Przełęcz Tąpadła xD Mając 220 kilometrów w nogach. Spodziewałem się śmierci, wprowadzania roweru, wewnętrznego rozdarcia i tragizmu połączonego z płaczem i wylewaniem na siebie wody z bidonu… Pff, wjechałem tam na takim lajcie, że zastanawiałem się czy ja jeszcze żyję czy po prostu gdzieś leżę w rowie i mi się tylko wydaje, że jadę. Na szczycie miałem z 230 kilometrów, pozostał mi tylko dojazd do domu. Ostatnie 15 kilometrów… Ostatni podjazd w Jędrzejowicach, przejazd obok pola golfowego, dojazd do domu i… JEST! <3 Moja piękna wioska. Pierwsze 200 kilometrów na rowerze stało się faktem!

Dotarłem do domu, udało mi się nawet wnieść rower na czwarte piętro. Wyszło 244.4 kilometrów, rekord życiowy poprawiony o prawie 90 kilometrów. Można? Można.

Poszło. Teraz czas na wincyj. Będzie, jestem tego pewien. Łapcie link do Stravy, gdzie sobie możecie zobaczyć czasy i takie tam:

https://www.strava.com/activities/2472022433