Typowy ja – wziąłem urlop na środę po to, by odpocząć. Podczas tego samego urlopu postanowiłem zrobić swoją pierwszą terenową wycieczkę w życiu. Co z tego wyszło? Otóż wjechałem rowerem na Wielką Sowę. Kiedyś było to dla mnie nieosiągalne. Jak do tego doszło? Pa tu, i potrzymaj mi piwo.

Wstałem dziś o 8 rano (a obudziłem się o 6 – kupowałem paletę cieni do oczu. Nie wnikajcie, moja dziewczyna miała swoją wymarzoną, która już raz rozeszła się w godzinę. Teraz nie mogłem do tego dopuścić). Zjadłem śniadanie, wypiłem kawę i postanowiłem – jadę pojeździć po lesie. I pojechałem…

Pierwszy raz na MTB Sudety

MTB Sudety – podobno kozackie trasy rowerowe (teraz już wiem, że no w sumie fajne), które znane są w całym kraju. Mieszkam dosłownie pięć kilometrów od nich, ale jakoś nigdy się nie złożyło na to, żebym po nich jeździł. Nigdy nie jeździłem w takim prawdziwym terenie (serio xD)

Chwila przerwy 😉 I pokaz roweru – Lazaro Elitary v3. Rower Crossowy 😀

Dziś zechciałem to zmienić. Tylko tutaj pojawia się mały problem, ja nie mam roweru górskiego xD Mam tylko crossowy, ale to mnie nie zniechęciło. Postanowienie zmieniło status na “w realizacji”. Wyruszyłem – pierwszy przystanek Leśny Dworek w Bielawie. Dojazd to nic ciekawego, bo dopiero tam zaczyna się teren, więc jechałem miastami.

To tutaj zaczęła się moja dziewicza jazda “po lesie”. Drugim planowanym przystankiem była przełęcz “Trzy Buki”. Fajna droga, ale przed samiutką przełęczą nachylenie wywalało z butów, do tego mega grząski i głęboki piach. Było bardzo ciężko, w pewnym momencie musiałem zejść na moment z roweru i przeprowadzić (mam opony crossowe, dość cienkie…), bo się to topiłem w tym piachu. Dojechałem, chwilkę odpocząłem i postanowiłem, że nie ma co pajacować i kończyć, nie nie nie. Szybki look na drogowskazy i łogiń dalij.

Ominąłem jeden przystanek (po prostu tak świetnie mi się jechało, że nawet nie zwracałem na to uwagi :D) Gdzieś tam po drodze zatrzymałem się i zrobiłem fotki, co możecie zauważyć poniżej. Krótka sesja i jazda dalej, po chwili okazało się, że dojechałem na Przełęcz Jugowską (tak tak, znacie ją z moich wycieczek, między innymi z tej, kiedy pokonałem sześć przełęczy na jednym wyjeździe). Najlepsze było, że nawet tego nie poczułem. Świetnie mi się jeździło, mimo kilku fajnych i mocnych podjazdów. Trzeba było podjąć decyzję, co dalej.

 

Rowerem na Wielką Sowę

Przełęcz Jugowska przywitała mnie fenomenalnymi widokami. Byłem już tam z miliard razy, ale nigdy nie wjechałem w teren, nie zjechałem z szosy… Tutaj przeprawa przez kamienisty podjazd i mym oczom ukazało się to, co możecie zobaczyć poniżej! Dzisiaj będzie bardzo dużo zdjęć, bo są według mnie cudowne <3 Reszta tekstu znajduje się pod czterema zdjęciami, co jest raczej oczywiste 😀 Jak ktoś nie chce oglądać, to przewijamy na dół 😀

Na tejże przełęczy zagościłem troszkę dłużej, a po robieniu zdjęć wpadłem na bardzo inteligentny i przemyślany pomysł. Rowerem na Wielką Sowę, Tak. Właśnie wtedy to wymyśliłem. Nie wiedząc jak, którędy i czy dam radę rozpocząłem wspinaczkę. Już na samym początku dostałem po tyłku – kamienie, kamienie i jeszcze raz kamienie. Luźne, nie luźne, duże, małe i w ogóle każde. Moje crossowe oponki ślizgały się jak na lodowisku, ale przejechałem ten etap. Po chwili zaczął się krótki zjazd i dotarłem na kolejny przystanek w drodze rowerem na Wielką Sowę – Przełęcz Kozie Siodło.

 

 

Jeśli chcecie większe zdjęcia to wystarczy w nie kliknąć 😉

Trochę kamieni, trochę korzeni… Nie było lekko i uwierzcie mi, ręce bolą mnie jak cholera, a liczba uślizgów i zatrzymań się podchodziła pod dwucyfrową. Jednak jeśli mam być szczery – ani troszkę mnie to nie zniechęcało.

Tutaj największy hit!

Ostatnie metry dojazdu na przełęcz “Kozie Siodło” i zaczyna sypać… GRAD. Grube, białe kulki leciały z nieba prosto w mój kask i ręce. Oj to była duża próba, na szczęście trwało to tylko kilka minut. Oczywiście nie mogło być zbyt łatwo, w końcu to była moja pierwsza terenowa próba 😀 Po kilku minutach od gradobicia podczas mojej kamienistej (znowu!) wspinaczki zaczął padać dość mocny deszcz. Ani trochę nie pomogło to na kamieniach, które dodatkowo zrobiły się śliskie, ani na korzeniach, które teraz poza wystawaniem z ziemi miały dodatkową funkcję ślizgawki. Tak, czy inaczej było super i wiedziałem, że zdobędę tę górkę!

Finisz podjazdu rowerem na Wielką Sowę

Od “Koziego Siodła” było już “z górki”, mimo, że pod górkę. Janusz wiedział, że już mocny, ale będzie lepszy! Pozostało już bardzo niewiele, może z 10 minut wspinaczki… Deszcz padał co raz mocniej, trafił się trawiasty odcinek, minąłem rosnące na nim muchomory, skręcam w prawo i mym oczom ukazuje się Wieża Widokowa na Wielkiej Sowie. Tak, udało mi się! Aż się zatrzymałem i cyknąłem fotkę:

Ależ to była radość, jakie szczęście. Udało się! Wjechałem rowerem na Wielką Sowę. Nigdy nawet o czymś takim nie myślałem (wiem, że prawdziwi terenowcy i kolarze teraz mają bekę, ale dla mnie to jest coś wielkiego! Zdobyłem największy szczyt Gór Sowich, a nigdy wcześniej nie byłem nawet na trasie MTB), a teraz udało mi się to zrobić 😉 I to bez planu. A do tego świetnie się bawiłem 😀 Jednak to jeszcze nie koniec!

Podjechałem, zdobyłem. Wygrałem. Czas na pamiątkowe fotki i zasłużony odpoczynek, paczka kabanosów i woda, i zabieramy się za robienie zdjęć.

Byłem! Nie zmyślam!

Duma miejscowych lasów 🙂

Wieża Widokowa na Wielkiej Sowie

Zakupiłem pamiątkowy magnesik dla Mamy i musiałem rozpocząć coś, czego bałem się najbardziej. Wjechać to każdy debil wjedzie, ale weź teraz po tych kamieniach, korzeniach, mokradłach i wszystkim na czym można zaliczyć glebę zjedź…
Postanowiłem, że na pewno nie będę jechał szybko, cały czas kontrolując prędkość hamulcem. Widziane przez Was wcześniej na zdjęciach kamienie i korzenie sprawiły, że moje ręce drżały jeszcze przez około godzinę. I bolały. To nie zmienia faktu, że było ULTRAWARTO 😀 Momentami musiałem zjeżdżać niemal z prędkością 0.5 km/h, bałem się po prostu xD Głównie o to, że moje oponki z papieru tego nie wytrzymają i będzie kapeć. A tego nie chciałem bardzo, mimo że miałem dętki, łyżki i pompkę, ale nie miałem czasu na głupoty.

Dojechałem do miejsca, gdzie zrobiłem początkowe zdjęcia tego tekstu, sprawdzam, szczypie się – ŻYJĘ! Teraz wystarczyło tylko dojechać lasem do Bielawy żółtym, czy tam zielonym szlakiem MTB Sudety. Tam z kolei na trasie było widać, że mocno padało. Błotko i kałuże, pobrudziłem się dość mocno, HA, NIKT NIE MÓGŁ MI ZARZUCIĆ, ŻE NIBY MTB A TU CZYSTY. Hehe, to jest właśnie taktyczne podejście do życia. Dojechałem do Leśnego Dworku, czyli miejsca początku mojej przygody. Żyje, przeżyłem. Teraz wystarczy tylko pojechać pod zakład, gdzie pracuje moja dziewczyna i zrobić jej niespodziankę.

A to oczywiście towarzyszący mi zawsze mój Miś od Misia 😉

Podsumowanie

Wyszedłem ze strefy komfortu, tutaj walczyłem momentami o przetrwanie. Ogólnie, naszło mnie takie przemyślenie, że  to moje jeżdżenie na rowerze, czy tam amatorskie kolarstwo to takie wyjście ze strefy komfortu. W piłce, odwalić trening z zaangażowaniem lub bez, w weekend mecz w jakiejś A, czy B klasie i dwie opcje – strzelisz bramkę, czy dograsz bramkę – fajnie. Nie dograsz albo nie strzelisz? Trudno, ktoś inny to zrobi. Wystarczy stawiać się trzy razy w tygodniu w klubie i będzie git. Na rowerze jest trochę inaczej. Sam nie zrobisz, to nikt nie pomoże. Przecież nikt za rękę Cię na górkę nie wciągnie. To nie jest takie proste. Jest krzywe, nawet bardzo 😀
Pozdrooooooooooooooooooooooooooooooooooooower!

Ważne linki:

FACEBOOK:

Mój pierwszy terenowy wyjazd na rowerze 😁I od razu jakie widoki 😍😍😍Jak skończę dzisiejszą jazdę to pojawi się tu długi post opisujący jazdę z wieloma fotkami 😍 Chcecie? 😁

Opublikowany przez Janusz Kolarstwa Środa, 3 października 2018

AKCJA CHARYTATYWNA:

https://www.siepomaga.pl/rower-dla-damiana

Kontakt i współpraca:

Facebook lub januszkolarstwa@gmail.com

 

 

 

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *