Jak to brzmi! 1000? Kilometrów? Rowerem? Chyba musiałbym ze trzy lata mierzyć! Powiedział Kuba dwa lata temu… Teraz wystarczył mi tylko miesiąc! Jak do tego doszło? Nie wiem. Miłość o sobie dała znać xD

No dobra, ale po co ta ekscytacja? 1000? Pff, prawdziwi szosowcy robią w tydzień! No, ale Grażyna, ja dopiero trzeci miesiąc na szosie.

Jak to się stało, że się tysiąc pokonało

Jeśli mam być szczery, to tego w ogóle nie planowałem, nie miałem żadnego celu do spełnienia na sierpień i nawet nie myślałem o 1000 kilometrów. Tak to właśnie najczęściej bywa, dzieję się coś czego wcale nie planujemy.

I cyyk 432 w tygodniu

W sierpniu miałem urlop, który przez nieobecność mojej dziewczyny zamierzałem spędzić na rowerze. I tak się właśnie stało. Przez tydzień pokonałem ponad 430 kilometrów! (SIC!) Do tej pory najwięcej miałem może z 250… Jakby dodać do tego jeszcze wcześniejsze trzy dni, to mamy coś około 600 kilometrów w 10 dni. Dla mnie – kosmos! A to ja to zrobiłem ;o Moja reakcja na te wyniki wyglądała mniej więcej tak:

Tak wygląda wesoły Pan po 150 kilometrach na rowerze. Chilllllllloucik i pełen uśmiech. Lubię.

Podczas tegoż urlopu zrobiłem też swój REKORD życiowy! Biorąc pod uwagę moje poprzednie miesiące, no może bez czerwca i lipca, bo w nich również sporo jeździłem (pierwsze dwa miesiące na szosie!) to można by rzec, że spędziłem miesiąc na rowerze 😀

I cyyyyk tysiączek

Sierpień jest moim trzecim miesiącem na szosie, więc jakby na to nie chcieć spojrzeć, jestem żółtodziobem nad żółtodziobami, w porównaniu do zapewne większości z Was jestem kimś, kto jeździ jeszcze na czterech kółkach. Lecz czy to przeszkadza mi w jeżdżeniu i cieszeniu się tym? Pff, w życiu! 😀

Jakoś dwa-trzy dni przed końcem miesiąca spojrzałem na swój bilans, pacze… pacze i nie dowierzam! Tam jest ponad 900 kilometrów, myślę sobie – ło, ło ło! I szybka analiza – będzie czas na tysiąc, czy odpuszczamy?! Po bardzo długim, kilkusekundowym namyśle stwierdzam – NIE ODPUSZCZAMY! KOLEJNY TAKI MIESIĄC PEWNIE BĘDZIE ZA ROK! JEŹDZIMY! I faktycznie, jeździłem. Moment kulminacyjny miałem 30 sierpnia, kiedy zobaczyłem, że brakuje mi jeszcze 78 kilometrów do TYSIĄCA. Szybkie przemyślenia i BINGO! Do pracy na około, z pracy na jeszcze większe około i cyyyyyyyyk zrobione.

Do robótki standardowo mam 9 kilometrów, jadąc 31 sierpnia zrobiłem około 18, więc dwa razy więcej. Jak łatwo się domyślić, do celu brakowało jeszcze gdzieś tak pi razy drzwi 60 kilometrów. Ostatni dzień szansy, ostatnia możliwość, ostatni cel. Po pracy zrobić 60 kilometrów i mieć to z głowy! I cyyyyyk, traska pokonana, 61.5 kilometra – bilans miesięczny 1001 km. Bjutiful thing mogę powiedzieć. Już w trzecim miesiącu latania na szosie pokonałem tysiączek i co więcej! Miałem prawie tydzień przerwy (zrobiony po pokonaniu 430 kilometrów w jednym tygodniaczku), czyli pyknąłem to w mniej więcej trzy tygodnie.

 

 

Szosa jest jak narkotyki, tylko trochę zdrowsze

Z szosą to jest jak z bieganiem (tfu, wypluj to słowo. NIENAWIDZISZ BIEGAĆ) – wsiadasz, jedziesz. Nie musisz się martwić czy daleko do lasu, czy masz czas, żeby tam dojechać… Po prostu – masz asfalt, jedziesz. Nie masz asfaltu – to współczuję miejsca zamieszkania, hehe. Miastowy się znalazł, z miasta 40 tyś. mieszkańców, metropolia. Takie cuś powoduje, że jak się wkręcisz, to każda wolna chwila jest spędzana na rowerze…

Ja tak mam, pewnie Ty tak masz, i Ty, i Ty… W ogóle jak tak masz, to napisz to w komentarzu. I napisz czemu tak masz (HA, SPRAWDZAM CZY CZYTASZ DO TEJ PORY – NIE KOMENTUJESZ, TO NIE CZYTASZ!), a jak tak nie masz – to napisz dlaczego jeszcze nie kupiłeś/aś szosy :v Z tego się właśnie bierze bicie kolejnych rekordów, zdobywanie pucharków na Stravie i w ogóle częsta jazda na rowerze. Szosa to coś pięknego i już po trzech miesiącach stała się moim kumplem! No i nałogiem. Bardzo nałogiem. Gdybym palił tyle co jeżdżę, najprawdopodobniej już bym nie żył. Ale jak to powiedziała niedawno moja miłość: Lepiej inwestować pieniądze w rower, niż puszczać z dymem lub przepijać. I ja się z tym zgadzam! No dobra, piwko czasem wypiję, ale to idealny izotonik! Właśnie – macie tutaj przepis na domowego izotonika, który pomoże wam pokonać Wasze pierwsze 100 kilometrów na rowerze.

Kto z Was dał radę cyknąć już tysiączka w miesiącu? W ogóle, mam dla Was jeszcze kilka ważnych linków od dzisiaj pod każdym postem znajdzie się jakaś wybrana losowo akcja charytatywna, jak ktoś ma ochotę, czy pieniążki to pomoże. Poza tym standardzik, wszystko to, gdzie można mnie znaleźć.

https://www.siepomaga.pl/maks-piwowarski

Facebook Janusza Kolarstwa

YouTube Janusza Kolarstwa

Klub Januszy i Grażynek na Stravie

W ogóle, bądź ziomek i bądź ziomalka – jak już czytasz, podaj dalej. Pokaż blogaska innym rowerowcom – a nuż im się spodoba? Dzięki!

 

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *