Siema, siema, siema Janusze i Grażynki! Witam Was, kolejny raz. Zaczynamy luty w mocnym stylu i rowerowym wydaniu, ten miesiąc MUSI być inny niż styczeń. I będzie, zobaczycie. W pierwszy dzień nowego miesiąca wybrałem się do Londynu i tamtejsze Zwiftowe podjazdy – Fox Hill, Box Hill i Keith Hill. Szybki intensywny przejazd – 30 kilometrów i ponad 500 metrów przewyższenia 😀

Dzisiaj w planie generalnie było 40 kilometrów i 800 metrów w pionie, ale nie wczytała mi się na Zwifcie runda, więc zmodyfikowałem swoją jazdę. Warto zaznaczyć, że po dwutygodniowym zapoznaniem z trenażerem postanowiłem ustawić go na 100% w opcjach Zwifta… Czyli po prostu realizm podjazdów i zjazdów jest MAKSYMALNY.

Relacja filmowa:

Podjazdy i zjazdy

Jazdę rozpocząłem oczywiście w centrum Londynu, ale świat jest na tyle “zmanipulowany”, że owe podjazdy są koło siebie praktycznie przy samym centrum wirtualnego miasta. Ledwo z niego wyjechałem i JUŻ SIĘ ZACZYNA. Na początek podjazd pod “Fox Hill”, czyli jakaś tam górka.

Podjazd zaczął się już po 2 kilometrach, więc nie zdążyłem się nawet dobrze rozgrzać, a tu już boom, sześć procent, osiem procent, milion procent… 😀 Na szczęście to tylko dwa kilometry, takie dobre na początek. Przyznam, że po takim prawie tygodniu bez jazdy to mnie nawet trochę zabolało 😀

Jednak jak już dojechałem to konieczny był zjazd. I to nie taki na OIOM nawet 😀 Po zjeździe postanowiłem podjechać ten podjazd od drugiej strony (czyli od tej, po której zjeżdżałem). Taki podjazd z kolei nazywa się Box Hill. Jechałem tamtędy kiedyś podczas Tour of London, ale jechałem wtedy na klasycznym trenażerze, więc żadnych podjazdów nie czułem. Tutaj okazuje się, że znowu czeka mnie mała bombka.

W sumie tak krajobrazowo to wyglądał ten podjazd zupełnie jak Przełęcz Jugowska 😀 Piękny asfalt, drzewa wokół, tylko się po jakiejś dziwnej stronie jeździ. Generalnie podjazd trochę dłuższy, ale lajtowy, na koniec dopiero zaczęły się mocniejsze procenty. Możesz zobaczyć to na filmie!

Po podjeździe na Box Hill miałem zjechać i dokręcić do 30 kilometrów po totalnie płaskim odcinku, ale… 😀 Przy zjeździe zauważyłem, że jest jeszcze jeden podjazd – Keith Hill… MUSIAŁEM TO ZOBACZYĆ, BO BYM NIE WYTRZYMAŁ! Pięciokilometrowy podjazd z wypłaszczeniami… A jak są wypłaszczenia, to znaczy, że będą grube procenty. No i tak też było – 13-14%… Bolało, serio. 😀 Taki jakiś nieprzyzwyczajony jestem. Zdecydowanie podjeżdżanie na żywo i na zwifcie się totalnie różni – na żywo jest całkowicie, całkowicie, całkowicie ŁATWIEJ. Serio, o wiele przyjemniej.

Niemniej jednak cyknąłem i ten podjazd, wyszło 20 kilka kilometrów, zjazd – dokręcenie do 30 i po kolejnej jeździe. Dzisiaj mniej ekscytująco. Mniej, a raczej w ogóle wyścigowo… Ale właśnie po to mam ten piękny trenażer <3

Wpadajcie do partnera bloga, gdzie znajdziecie trenażery rowerowe na każdą kieszeń!