Weekend w Górach Sowich. Parę osób zadawało mi na ten temat pytania, więc powiedzmy, że symuluję Wam taki wyjazd. Z taką różnicą, że ja tu mieszkam, a większość z Was nie, hehe. Ostatnie dwa dni wolne spędziłem na objeżdżaniu gór w dwóch etapach – dłuższy i krótszy. Łącznie cyknąłem 150 kilometrów i 3500m przewyższeń. Tak wiem, niektórzy z Was robią tyle w miesiąc (przewyższeń). Zapraszam do zapoznania się z trasami na Weekend w Górach Sowich w wersji hard.

Od razu mówię, że warto sobie podzielić czytanie tego tekstu na dwa etapy, jeżeli nie lubisz długich wpisów. Ten jest długi w opór.

Na chłodno

To jest jeden z tych tekstów, które trzeba napisać na chłodno kilka dni po opisywanych przeżyciach. To jeden z tych tekstów, które pisane na gorąco zaraz po jeździe mogłyby być jednym wielkim narzekaniem 😀 Tak, pisanie zaraz po jeździe o podjeżdżaniu podjazdów 20% nie jest najlepszym pomysłem, ale jako, że jestem już parę dni po jeździe to mogę Wam to opisać i totalnie zachęcić Was do takich dziwnych akcji 😀

Trasy dzielą się na dwa etapy – pierwsza, dłuższa, czyli prawie setka po górach z 2100m przewyższeń, a później na dobitkę “pięćdziesiątka” z 1300m. Zatem zapraszam do czytania, ale od razu mówię – za zakwasy i bóle kolan podczas czytania nie odpowiadam. Wrażenia artystyczne zapewnią Wam liczne foteczki, dajcie znać czy się Wam podobają.


Sobota bez planu

1.

W sobotę moim jedynym planem było wyjście na rower i pojechanie w góry. Nie wymyśliłem sobie żadnej trasy, nie narysowałem śladu ani nie wybrałem sobie przełęczy do podjechania. Po prostu góry, a jedynym planem było zacząć od Przełęczy Jugowskiej, którą już Wam zresztą opisałem 😀

Kamionki, początek podjazdu pod Przełęcz Jugowską

Dojazd do Pieszyc i sam podjazd pod Przełęcz był taki nawet w porządku, jednak wiedziałem, że podczas tej górskiej wycieczki może być jeden problem: nie zmieniłem jeszcze kasety i dalej jeździłem na “25”. Moje kolana mogły zacząć protestować i wtedy już by tak fajnie nie było. Ogólnie jechałem w kominie na twarzy, ale podczas podjazdu go zsuwałem i w sumie żadnego jak to mówio “przypału” nie było, a policję nawet mijałem. Na szczęście już jestem na takim etapie jazdy na rowerze, że taka jedna przełęcz wrażenia na mnie nie robi, więc nawet się na górze nie zatrzymałem, ale po drodze wymyśliłem sobie plan jazdy.

Droga na Przełęcz Jugowską


2.

Zjechałem w stronę Przełęczy Sokolej. Tym razem ominąłem podjazd pod 12% kilometrową ściankę i objechałem to dookoła – pomyślałem jak długodystansowiec. Ten podjazd jednak jest kiepski, bo asfalt  jest fatalny. Trzeba uważać dość mocno na dziury. Ale tak czy tak ostatnio te dwie przełęcze się całkowicie łączą, już mi się nie zdarza podjeżdżać tylko pod Jugowską.


3.

Na tym etapie miałem już 700m przewyższenia i… jakieś 22 kilometry jazdy. Przyszedł czas na dłuuuugi fajny zjazd po świetnym asfalcie z Rzeczki do miejscowości Walim, z którego można zrobić mnóstwo kozackich podjazdów. Postawiłem na początek podjazd do Sierpnicy, czyli – kilka (nie wiem dwa-trzy) w ch*j ostre kilometry, zaczyna się od 16%, potem trzyma non stop 10-15%. Jest kosa, zwłaszcza na kasecie 25… Ten podjazd ma tak zajebisty urok, że chyba będę go katował na każdym wypadzie w góry.

Podjazd pod Sierpnicę początek

Wąska, totalnie nieuczęszczana droga, podczas podjazdu nie ma czasu się rozglądać, ale widoki są piękne. Są też “lokalesi” prowadzący swoje rowery pod górę z przerwami na nawodnienie się tanim winem patrzący ma Ciebie jak ja jakiegoś chorego pojeba.  Do tego po podjechaniu podjazdu wita nas piękna wąską dróżka z dwóch stron otoczona lasem, zapierdzielasz w dół po czym TRZEBA się zatrzymać i uwiecznić widoki. Po to tu przyjechałeś. Uwaga! Podczas zjazdu trzeba uważać na takie wyżłobienia z kostki przez całą szerokość drogi. Można się zdrowo zdziwić, tak serio. Loty przez kierownice, kapcie, pęknięte karbony i inne dramaty życiowe. Ok, widoki:


4.

Na tym etapie miałem z 900m przewyższeń. Tak, na tym kilometrze czy tam trzech robisz jakieś 200m przewyższenia. Powodzonka. Zjeżdżasz do Sierpnicy i masz dwie opcje – w prawo do Głuszycy i tam nabijasz kilometry albo wracasz do Rzeczki. Ja jako, że jeszcze nie jechałem tej drugiej opcji to się tam wybrałem. Świetny pomysł, kolejny ostry podjazd z końcówką 18%… Z kilometr, może dwa – trzyma między 7-18%. Śmiesznie.

Jednak jak już jakimś cudem tam wyjedziesz to wita Cię zajebisty zjazd – leśna droga, ładny asfalt, ale z adrenalinką, bo jest pełno ziemii i kamienii. Ryzykujesz?

No ja nie ryzykuje, zjeżdżam ostrożnie i powoli.

Dojeżdżamy do Rzeczki i kolejny raz zjeżdżam w stronę Walimia. Tutaj mam już prawie 1200m przewyższeń i stan przedbombowy, bo zrobiłem dopiero jakieś 50 kilometrów chyba. Tak szczerze to dokładnie kilometrażu nie znam, jedynie przewyższenia.


5.

Z Walimia jest kilka możliwości na dalszą jazdę – można wrócić na Rzeczkę (bezsens), można też pojechać w dół do Zagórza Śląskiego, przejechać wspomniany wyżej podjazd do Sierpnicy no i też można pojechać na Przełęcz Walimską (podjazd ma fragmenty brukowane, fajny klimat), ale można też pojechać do miejscowości Glinno, która oferuje przepiękne podjazdy i jeszcze lepsze widoki.

Wybrałem dokładnie tą opcję, czyli przede mną kolejne ścianki.

Podjazd do Glinna jest łatwy do znalezienia, bo prowadzi do niego drogowskaz. Początek jest taki fajny, luźniutki – taka góreczka. Ciekawie się robi pod sam koniec, gdzie znowu atakuje nas nachylenie ponad dziesięcioprocentowe. No co zrobisz, nic nie zrobisz 😀 Jednak jak podjedzie się tą ściankę i zrobi tam postój… Widoki są takie:


6.

Bajunia. Potem zjeżdżamy w stronę Glinna i znowu mała ścianka i mamy jakieś 1500m – 1600m przewyższeń już za sobą. Później z Glinna zjechałem do Zagórza Śląskiego i zaatakowałem nowość. Nie jechaną do tej pory Przełęcz Niedźwiedzią od strony Zagórza. Atakuje nas ona od początku 15% i chwilkę tak sobie wesoło trzyma. Ogólnie podjazd ma kilka kilometrów, początek trzyma MOCNO, potem jest nieco luźniej i końcówka znowu wesoła. Po podjechaniu naszym oczom ukazuje się las… Tzn widoczki, a nie las.

Przełęcz Niedźwiedzia to był jeden z trzech ostatnich podjazdów. Wracam stamtąd przez Zagórze  do Walimia (irytuje mnie ta droga, bo jest taka dłużąca się i wkurwiająca po prostu) i z Walimia atakuję Rzeczkę. Niestety, ale petarda wjechała taka przy 1800m przewyższeń, że musiała wkroczyć Cola i dość długi postój – generalnie umarłem.


7.

Odtąd do domu pozostał mi tylko podjazd pod Rzeczkę (końcówka – a jakże, wpierdol) i Przełęcz Jugowska od drugiej strony. Ten etap po prostu przemilczę, to była utopia. Spróbowałem jeszcze pojechać na Rzeczce pod taki w ciuuul stromy podjazd krótki, licznik pokazywał mi 23%, ale nie dałem rady, bo nawierzchnia to była taka kostka z dużymi otworami i na szosie się po prostu nie dało.

Dojechałem do domu, a licznik wskazał mi 97 kilometrów i ponad 2100m przewyższeń. Bomba, piękna sobota.


Niedziela

W niedzielę na rower zbierałem się już tak od 10 rano. Wyszedłem o 14. Tyle miałem energii po zeszłej jeździe xD Tutaj jednak było wszystko zaplanowane i w sumie wielkiego opisu tej trasy nie będzie, bo powtórzyłem po prostu część z dnia poprzedniego. Wskoczyłem na szybko (nawet dość bardzo szybko) na Przełęcz Jugowską, Zjazd do Rzeczki, podjazd pod Sierpnicę i Rzeczkę i powrót przez Jugowską do domu – szybkie 50 km i 1300m w górę…

Łącznie w weekend wyszło mi ponad 3500m przewyższeń i 150 km górskiej jazdy. Można? No jak najbardziej, jeszcze jak…

Zapraszam Was w Góry Sowie! 😉

Zapraszam też do zakupu Januszowych kubeczków. Król Gór, Mistrz Prostej, Janusz Kolarstwa, a może Kochasz Kolarstwo, ale tylko z górki?

Takie kubeczki możesz kupić tutaj:

SKLEP JANUSZA KOLARSTWA