No siema! Emocje jeszcze nie opadły, a na tarczach czuć jeszcze spaleniznę powstałą w wyniku zjazdu z najtrudniejszego podjazdu szosowego Czech. Pomysł wyprawy w Karkonosze chodził mi po głowie już od bardzo dawna, ale nie znałem podjazdów, które było dane mi pokonać, myślałem raczej o dotarciu do jakiegoś Karpacza czy coś… Tutaj jednak wyszło coś o wiele bardziej spektakularnego. Jesteście gotowi do wyprawy do Pecu pod Śnieżką, najdłuższych 6 kilometrów w Waszym życiu, przepięknych widoków i bomby, która pozbawi Was chęci do jazdy na rowerze przez najbliższy tydzień? Tak? To świetnie. Zapraszam na wycieczkę!

Od momentu w którym zacząłem coś tam więcej jeździć na tej szosie, jakieś setki po górach czy coś w mojej głowie kłębiło się marzenie wyjazdu w Karkonosze, ale jakoś nigdy nie było mi dane tego zrobić. Teraz udaje mi się robić jeszcze bardziej chore trasy i powoli zaczynam szukać nowych wyzwań, podjazdów i gór… Zamiast zacząć jakoś delikatnie to w grę wszedł od razu najcięższy podjazd po czeskiej stronie Karkonoszy, będący jednocześnie najtrudniejszym podjazdem szosowym w całych Czechach. Modre Sedlo, czyli najdłuższe sześć kilometrów w życiu było moim głównym celem podczas sobotniego rozpierdzielu w nogach.

Sobota, 7 rano

Też macie tak, że jak trzeba wstać do pracy o 6:45 to do wyciągnięcia Was z łóżka potrzeba dźwigu i wystrzałów z armat, ale w sobotę o 5:30 na rower wstajecie bez problemu? No ja tak mam, więc wstałem o 5:30 i zjadłem jakieś upośledzone śniadanie ze świadomością, że zjadłem w ciul za mało. Niestety, mój organizm nie umie w jedzenie o tej godzinie, wjechały jakieś kanapki i dwa banany – idealnie na 235 kilometrów po górach xD

Zjadłem, wypiłem kawę i udałem się do Pieszyc, czyli do umówionego miejsca startu, bo jechałem z kolegą, który trasę tą zresztą narysował i wymyślił. Na początek absolutnie luźna nóżka, bo gdyby nie wiejący wiatr to w drodze do tego miasteczka u podnóży Gór Sowich chyba bym zasnął, a tu od razu podjazd – Przełęcz Walimska, czyli kilka kilometrów w górę i jakieś 400m przewyższeń – ogólnie to nie lubię tej przełęczy, bo taka bolesna jest trochę.

Podjazd jak podjazd, po prostu wjechane, jaja się zaczynają tam dopiero na zjeździe, bo trzeba się tłuc po brukach przy prędkości +40 km/h – w takich momentach baaardzo doceniam opony 30mm w szosie, bo przy 25 moje ręce przez dłuższy czas “jechały” jeszcze po brukach, bo się telepały. Po tym zjeździe docieramy do Walimia, a potem jazda w stronę Mieroszowa (przy granicy z Czechami) – fajna trasa, bo praktycznie cały czas po płaskim i w dół. Był moment rozpieprzonej drogi, ale do przeżycia. W sumie celowo nie ma tu żadnych zdjęć, bo te Góry Sowie to nie jest coś, na czym się tutaj skupiam 😀

Po dojeździe do Mieroszowa skręcamy w stronę Łącznej (tam jest ZOO jakieś, gdzie istnieje ŚWIAT LEMURÓW <3) i lecimy na Lubawkę. Oczom mym ukazuje się jakiś podjazd, taki z zaskoczenia, ale trzyma takie 6-7% przez 2-3 kilometry. Na szczycie jest jakiś znak, a po kawałku zjazdu jest platforma widokowa, z której widać NASZ CEL, CZYLI KARKONOSZE I ŚNIEŻKĘ!!! Z nami jakieś 65 kilometrów, do pierwszego punktu kontrolnego, czyli Przełęczy Okraj jakieś 30 zostało.

Przełęcz Okraj i tak dalej

Docieramy do przygranicznej Lubawki, gdzie mijamy nawet jakąś skocznię narciarską i kierujemy się w stronę Przełęczy Okraj, czyli wiecie, tego takiego miejsca w które podobno każdy szanujący się szosowiec musi się udać. No to okej, jadę hehe. Podjazd niby zaczyna się gdzieś tam kawałek za Lubawką (nie jechaliśmy od strony Kowar), ale to raczej nic szczególnego, prawdziwe jakieś tam wyzwanie zaczyna się, kiedy musimy skręcić w lewo w stronę serpentyn. Tutaj mamy obraz nędzy, rozpaczy, gówna i kilometra mułu jeśli chodzi o stan “drogi”. Trasa popularna, ludzi na szczycie mnóstwo, a szosa na ten szczyt ma więcej dziur niż system zabezpieczeń Garmina, co umówmy się – łatwe nie jest.

Jeśli mam ocenić trudność podjazdu od akurat tej strony (po zjeździe domyślam się, że od Kowar jest trochę ciężej) to bywa ciężko, ale jest o wiele łatwiej niż na przykład Przełęcz Jugowska, a mieliśmy już sporo kilometrów w nogach, bo jakieś 90. Po drodze mijałem, no dobra, wyprzedzałem jakiegoś kolarzystę, ale chyba bolało go to, że wjeżdżam szybciej od niego, bo był napięty jak baranie jaja, a na “hej” (wiecie, tak uniwersalnie, bo tam też Czesi jeżdżo) nie odpowiedział nic tylko się krzywo popatrzył. No cóż, boli go Wielki Janusz.

Podjazd minął spokojnie, a ja spełniłem jedno z pierwszych marzeń, czyli obcykałem pierwszą przełęcz w Karkonoszach. Na końcu jeszcze mnie wkurzyła horda wściekłych motocyklistów, którzy sobie zajęli całą drogę, bo chyba trochę nie ogarniali życia w społeczeństwie. Wyminąłem ich slalomem cyk cyk rampampam i mamy to! Wysokość 1050 metrów, czyli w sumie wyżej niż najwyższy szczyt Gór Sowich. Tak wysoko szosą jeszcze nie byłem! Na liczniku około 95 kilometrów i przeszło 1800m w pionie, a wszystko to zrobione w około cztery godziny, a zakładałem, że będę jechał tam co najmniej godzin pięć. Dobrze, tworzył się zapas czasowy na ewentualne chlanie piwska po drodze, bo przecież rower bez piwa jest jak Janusz bez Was moi kochani czytelnicy – nie ma prawa bytu!

Kolega obiecał mi, że jak przetrwam te katusze związane z gównianą drogą to w nagrodę dostanę na zjeździe widoki, jakich jeszcze w życiu nie widziałem. Zjazd na stronę czeską ma 10 kilometrów i nie będę go opisywał, bo słowa nie oddadzą wspaniałości tego miejsca. Po prostu to zobaczcie:

 

Okej, wyprawy na czeską stronę Karkonoszy już zaplanowane? To gitara. My z kolei docieramy do Pecu pod Śnieżką (piszę to po polsku. bo mi się nie chce tego kopiować z internetu #leń) i w zasadzie tutaj dopiero odbywamy dłuższy postój, uzupełnienie żarcia i bidonów. Jem batony, pijemy jakieś dziwne bezalkoholowe piwo o smaku Coli i nie dajemy się skusić okolicznymi knajpami. Na liczniku 107 kilometrów i dalej te nieco ponad 1800m w pionie, no bo z Okraju do Peca jest tylko z góry. Miałem nie opisywać, ale muszę. Przecież to jest niepojęte, jak zmienia się świat po przekroczeniu granicy – asfalt zajebiście piękny, widoki wspaniałe i  nagle jakimś cudem ludzie nie mają ochoty Cię zatłuc za to, że jedziesz 30 km/h zamiast 85… Dziwne, ale prawdziwe. Na widoki wpływu nie mamy, ale na całą resztę? Chyba mamy.

Najdłuższe 6 kilometrów w życiu – MODRE SEDLO

O ile dotychczasowa trasa to były frytki z ketchupem, czyli w sumie nic szczególnego, tak teraz stało przede mną wyzwanie kolarskiego życia… Wjazd na Modre Sedlo, czyli najgorszy i najtrudniejszy podjazd Czech – sześć kilometrów i jakieś 11-12% ŚREDNIEGO nachylenia… Tam się prawie na Śnieżkę wjeżdża, różnica w wysokości to coś tam ponad 100 metrów. Dobra, szykujcie nogę – róbcie łyk browara, ee wody, bo jesteśmy sportowcami i zaczynamy. Jedziecie tam ze mną, nie będę SAM CIERPIAŁ!!!

Na początku Pecu skręcamy w prawo (pod górę), a następnie pierwsza w lewo – tutaj zaczyna się podjazd. Tutaj jeszcze spokojnie możesz wyciągnąć telefon i zrobić jakąś fotkę na pamiątkę, bo za jakąś godzinę nic już w Twoim kolarskim życiu nie będzie takie samo. Spójrz tylko na ten zajebisty asfalt, ale uważaj na rynienki przechodzące przez całą szerokość drogi. Na razie jest “spokojnie” bo podjazd trzyma około 10-11%, ale nie zgrywaj kozaka, bo tego nie wyjedziesz, a zapierdalanie w butach kolarskich pod 20% podejście raczej nie jest przyjemne.

Takie spokojnie trzyma się do pierwszego wjazdu w las. Tutaj jest pierwszy moment, który zapamiętasz :DDD Bryton zaczął wariować i pokazywać nachylenia po 17%, a jak patrzyłem przed siebie to w mojej głowie pojawiało się zwątpienie czy to jest w ogóle do wyjechania. Zaczynają się nachylenia ponad 20% 😀 Przetrwaj to! Jak się zatrzymasz to już nie ruszysz. Polecam też mocno pochylić się nad kierownice, bo kółko Ci do góry poleci 😀 Ja to przepychałem totalnie na siłę… Jeśli przetrwasz ten kryzys to dojedziesz do wypłaszczenia, czyli 10%. Przez jakieś 100m jest nawet kawałeczek z górki, dzięki czemu możesz “odpocząć” i nie radzę Ci na tym fragmencie dokręcać. Dojeżdżamy do jakiegoś zabudowania z takim kortem tenisowym – w tym momencie jest spoko, trzyma 10%, ale jest stabilnie. Ty, ale masz już za sobą połowę podjazdu. I w tym momencie…

Mamy drugi wjazd do lasu i coś, co mnie praktycznie zabiło i niemal zmusiło do zrezygnowania. Kawałek jest normalnie, masz te 10-12% do których już noga zdążyła się przyzwyczaić, ale w pewnym momencie zaczyna się najtrudniejszy kilometr jaki ja w ogóle w życiu widziałem. Ściana tak okrutna, że każdy mały błąd może kosztować brak wyjechania góry, bo w tym miejscu NIE RUSZYSZ PONOWNIE. Próbujesz stanąć w korbach, a ręce ślizgają się na klamkach, bo są całe mokre od potu… Nachylenie trzyma 19-22%. Od wyjechania tego kilometra zależy Twój ostateczny sukces – jeżeli tutaj się zatrzymasz to nie masz żadnego powodu do wstydu, to jest naprawdę moment, który może Cię zabić… Przetrwałem! Koledze szło o wiele łatwiej i szybciej…

Dojechałem do “Vryovki”, czyli jakiegoś schroniska na piątym kilometrze tego podjazdu. Wiedziałem, że został już tylko jeden. Na szczęście to jest takie miejsce (pierwsze) w którym można się zatrzymać i odpocząć. Miałem praktycznie ciemno przed oczami, wszystko zalane potem, ale widziałem że od tego momentu zaczynają się zajebiste widoki. Aaaa no i jeszcze na tym postoju spotkałem trzech kolarzystów wśród których jeden jest obserwatorem Janusza na Insta i go rozpoznał, więc było bardzo miło, pozdro chłopaki! 😀

Zaczynamy ostatni kilometr – tutaj przyznam szczerze jechałem już siłą woli i widokami, które były Z A J E B I S T E. Ostatni kilometr to już takie 10%, z końcówką znowu zahaczającą o 19-20… Jednak udało się. WYJECHAŁEM NAJCIĘŻSZY PODJAZD CZECH!!!!! A na wysokości oczu miałem Śnieżkę… Coś pięknego. Zatrzymałem się tylko raz, co jest dla mnie masakrycznym sukcesem. Ten podjazd zabija, wyniszcza i sprawia, że chcesz wyrzucić rower w przepaść 😀 Zwłaszcza, że na szczycie było ponad 110 kilometrów i 2500m przewyższeń… Bajka!

A zjazd? Zjazd uświadomił nam co wyjechaliśmy. W pewnych momentach było tak stromo, że aż się bałem. Praktycznie 100% na heblach bo inaczej się bałem, robiłem tylko przerwy w hamowaniu, żeby nie rozpieprzyć tarcz, które zagotowały się niemal do czerwoności. Ręce bolały mnie tak, że przez chwilę nimi ruszyć nie mogłem. BYŁO WARTO.

Powrót

Tutaj już będzie krócej. Wracamy przez Przełęcz Okraj od czeskiej strony – coś pieknego, coś bajecznego. Podjeżdżam baaardzo spokojnie, bo zaczyna się powoli bomba, a do domu jeszcze ponad setka. Na szczycie mamy już 3000m przewyższeń!!! Zjazd z Okraju po tym asfalcie przemilczę. Naszym kolejnym przystankiem jest Browar Miedzianka. Po 165 kilometrach złapała mnie taka bomba, że nie byłem w stanie jechać, a jeszcze przed samym browarem pojawiła się ścianka 10% xD Jednak wypite piwo i chwila odpoczynku sprawiła, że byłem jak nowonarodzony, serio. Ogólnie w stronę browaru jechaliśmy przez Rudawy Janowickie, znowu podjazdy, znowu ścianki i stąd ta bomba, bo już naprawdę było mocno…

Na szczęście od tego momentu zrobiło się już w miarę płasko, na liczniku ponad 3500m w góre, a do domu 70 kilometrów. Kierujemy się na Boguszów Gorce i Wałbrzych, a naszym miejscem docelowym było Zagórze Śląskie. Jakieś 8 kilometrów przed nim – kolega złapał kapcia xD Musi być przygoda, bo jak to inaczej? Zmiana detki i przez Przełecz Palczyk ogień prosto do sklepu. W sklepie Zatecky i świadomość, że my jesteśmy już w domu… Zostało nam spokojne, płaskie 25 kilometrów…

Dojeżdżamy do Pieszyc, odwiedzamy monopolowy, kupujemy po kraftowym browarze i świętujemy. Mamy co. 235 kilometrów, 4000m w pionie, Przełęcz Okraj i Modre Sedlo stało się faktem. STAŁO SIĘ FAKTEM!!!!!!!

LINK DO TRASY NA STRAVIE:

https://www.strava.com/activities/3849591944

Spełniajcie marzenia.

Podobało Ci się? Udostępnij tekst dalej! Wiem, że jest długi, ale jest wyjątkowy.

Zapraszam na Facebooka Janusza:

A jak u Was? Pokażcie no swoje jazdy 🥰Bo wiecie, wczoraj mało roweru było 😂 Nogi dzisiaj domagały się poruszania…

Opublikowany przez Janusz Kolarstwa Niedziela, 2 sierpnia 2020